Szkoła bycia pro-vie, albo: w jaki sposób 2+2 może być równe 70?

School of saying yes to human life

École de dire oui à la vie humaine

„Według chrześcijańskiego rozumienia rzeczywistości los całego stworzenia wpisuje się w misterium Chrystusa, który jest obecny od początku wszystkich rzeczy: «Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone» (Kol 1,16). Prolog Ewangelii św. Jana (1,1-18) ukazuje stwórcze działanie Chrystusa jako Słowa Bożego (Logos). Ale prolog ten zaskakuje z powodu stwierdzenia, że to Słowo «stało się ciałem» (J 1,14). Jedna z Osób Trójcy Świętej weszła w stworzony wszechświat, łącząc z nim swój los aż po krzyż. Od początku świata, ale w sposób szczególny od wcielenia, misterium Chrystusa tajemniczo działa w całej rzeczywistości naturalnej, nie ograniczając jednak jej autonomii”.

Ojciec Święty Franciszek, Encyklika «LAUDATO SI'». W trosce o wspólny dom, Kraków 2015, s. 65.

Content marketing tematyczny

Content marketing dla Ciebie

Uprzejmie informuję, że ta witryna miejscami zawiera treści trudne dla osób, które nie ukończyły 18-tu lat (chodzi o trudność z powodu obiektywnej drastyczności niektórych przedstawianych tu zagadnień, a także trudność natury intelektualnej, której pokonanie wymaga starszego wieku, żeby niepotrzebnie nie zabłądzić w fałszywe mniemania). Kto trafił na tę moją witrynę, a ma lat mniej, proszę, żeby może zapytał Mamy lub Taty, czy wyraża zgodę dla Małoletniej lub Małoletniego na czytanie zawartych tu treści. Dodatkowo uprzejmie informuję, że choć tworzę moją Szkołę bycia pro-vie dla wszystkich ludzi dobrej woli, wcale nie ukrywam, że jestem praktykującą katoliczką, co jest wyraźnie widoczne w treści tego content marketingu.

Co najmniej dwa sposoby myślenia rzeczywiście ratują świat, przyrodę i także przecież finalnie nas, ludzi

Jeden usuwa tzw. ślad węglowy

(człowiek naprawia przyrodę usuwając szkodliwości, które aktualnie rzekomo czyni, choć tak naprawdę często jest to dla niego sytuacja zastana, ale przez mówienie mu, żeby usunął swój ślad węglowy, może czuć się winny; chociaż niekonieczne jest to fałszywe poczucie winy; trzeba tylko dokładniej się przyjrzeć własnym nawykom i ocenić we własnym sumieniu jaka jest na ten temat prawda; po takiej samoocenie i korekcie nadal usuwa 'szkodliwości, które rzekomo czyni', ale teraz już w poczuciu solidarności z innymi ludźmi, którzy też to robią; miło jest być w takiej globalnej społeczności ludzi dobrej woli)

Drugi usuwa... pustynnienie

(człowiek naprawia przyrodę w sposób, który nie obciąża go poczuciem winy za sytuację zastaną, ponieważ uważa, że to jest słuszna droga naprawy świata, ponieważ chce zrobić w życiu coś ewidentnie dobrego, ponieważ zależy mu na dobrym imieniu i ludzkim szacunku, a nawet podziwie)

To nie są koncepcje konkurencyjne, tylko „dopełniające”, które prawdopodobnie, jeśli zostaną wdrożone na dużą skalę, pewnie przyrodzie wystarczą. Przy powierzchownym oglądzie tych dwóch sposobów myślenia wydają się tym samym, gdyż cel jest taki sam. Ale jedna droga naprawcza neguje dużą część dziedzictwa ludzkości ("krowy, zwierzęta udomowione, wydychają ogromne ilości metanu, więc lepiej, żeby ich nie było w tych ilościach, które się produkuje aktualnie", "zostańmy wegetarianami, to uratujemy świat", "ograniczmy paliwa kopalne, gdyż tworzą smog, który nas zabija"), a druga zauważa, że problem jest zupełnie w innym miejscu naszego globu ("na tych obszarach, gdzie powinno być dużo tlenu właśnie zwierzęta pędzone przez ogromne połacie ziemi tworzą możliwość wzrostu roślin okrywających glebę, a jak wiadomo gleba z przeproszeniem goła tworzy ogromne ilości gazów cieplarnianych, więc na pewno nie byłoby dobrze zupełnie zaprzestać hodować bydło, żeby nie jeść mięsa w celu ograniczenia wydzielania tych gazów, gdyż jest to pewien mądrze ułożony porządek naturalnych rzeczy, w którym te zwierzęta są potrzebne", "trzeba/można policzyć skutek efektu cieplarnianego, który tworzą auta na paliwa kopalne, a także skutek tego efektu, który tworzą gleby bez roślinności").

Hipotezę, a właściwie pytania, które zadaję ja, też tu krótko przedstawię, gdyż mogą się okazać inspiracją do jakichś praktycznych, innych jeszcze rozwiązań, również naprawczych. Zadaję pytanie o to, ile gazów cieplarnianych tworzy człowiek, jak również zwierzę przerażone i utrzymywane w przerażeniu? Przez wojnę, przez smog, przez przemoc (przemoc na zwierzętach: przed i w czasie uboju, przez brak możliwości życia w dobrostanie), przez głód, przez decyzje popierające aborcje i przez społeczne tabu na całkiem niemało spraw. Następnie: jakiej duchowej rzeczywistości obrazem jest tzw. masowe wymieranie zwierząt? Czy nie jest przypadkiem obrazem tego samego (być może), czego obrazem (też być może) była pandemia? Czy nie jest akurat wymieranie zwierząt i tąpnięcie zdrowotnie ludzkości (koronawirusy, które dotąd nie były poważnym zdrowotnym zagrożeniem stały się bardzo niebezpieczne) poaborcyjnym, zaraźliwym przejawem atawistycznej rozpaczy stworzeń? Nowe tabu. Może więc dopiero trzy lekarstwa zapewnią pełny sukces naprawczy, a dwa jedynie przeważą przyrodę na stronę życia. Ta przeżyje, ale pozostanie do ratowania człowiek. Ludzie nie mogą siebie wykluczyć z procesu ratowania świata. Uwaga! Nie mogą w sensie moralnym! W tym też sensie, że włączenie (bierne) całej ludzkości w proces ratowania nas samych jest ratunkiem wreszcie i dla nas samych, a niedojrzały altruista naprawdę nie przeżywa.

Nikogo nie poświęcić dla sprawy, choć i tak wiadomo, że nie każdy dożyje swoich dni (tyle, ile powinien), ponieważ część z nas umrze za wcześnie wyniszczona ukrytym przerażeniem, ukrywanym najczęściej od dzieciństwa, jest na pewno słuszniejsze, niż poczynać bezmyślnie jakichś biednych nienarodzonych i następnie godzić się na ich aborcję, co musi tworzyć wewnętrzne konflikty w sumieniach i przysparzać nowego ukrywanego przerażenia, które, być może kumulowane, tworzy ogromne ilości gazów cieplarnianych. Niekoniecznie przez wydychanie, ale przez podejmowanie czynności odstresowujących na zbyt dużą skalę ("tylko wtedy będę w życiu szczęśliwy, jak zwiedzę dosłownie cały świat i to samolotem", "przepraszam, ale ja chcę prowadzić właśnie starego diesla"). Albo właśnie akurat też przez wydychanie, albo przez gorączkę lękową (jeden z przejawów tzw. somatyzacji). Z tego wyłania się taka podpowiedź: nasze biedne kochane oczywiście czworonogi z lękiem separacyjnym ("piesku, nie możesz się bać jak zostajesz sam na te 8 godzin dziennie, ponieważ ja naprawdę muszę iść do pracy, musisz się do tego przyzwyczaić", ale to nie zawsze jest możliwe; dość często trzeba uwzględnić psa ograniczenie na ten temat i przyjąć do wiadomości, że pies będąc naturalnie zwierzęciem sfornym, zostawiany w samotności na aż tyle godzin przez kilka lat, będzie cierpiał na taki lęk; psa bowiem trzeba się uczyć, z psem trzeba spędzać sporo czasu i to codziennie, psa trzeba głaskać, do psa trzeba mówić i z psem trzeba się bawić, do tego psa trzeba karmić, szczepić, szkolić, trzeba zapewnić mu możliwość ruchu zgodnie z jego cechami charakteru, kontakt z innymi psami, atrakcje na wakacje, a wcześniej szeroki zakres bodźców socjalizacyjnych, natomiast w całym jego życiu: dostęp do psiej służby zdrowia, gdyby potrzebował), przez to, że żyją krócej, gdyż pies żyje tylko kilkanaście lat, a nie kilkadziesiąt; mówią nam o naszym przerażeniu w następnych latach, jak ich już nie będzie. Właśnie to jest najnowsze i największe ludzkie przerażenie; jeszcze większe, niż lęk przed śmiercią, niż lęk przed leczeniem psychiatrycznym, niż lęk przed wojną.

Ależ to nie jest utopia! Co jest więc teraz utopią? "Niczego nam nigdy nie braknie, wszystkiego jest pod dostatkiem i niczego nie niszczymy, gdyż wszystko co robimy jest... naturalne, również śmierci z głodu i aborcje".

Informacja o plikach cookies

Cennik usług

Regulamin usług

Polityka prywatności

Napisz/Zadzwoń

Nowości w szkole bycia pro-vie

11 lutego 2024 r., niedziela, Światowy Dzień Chorego

Ludzie zdrowi, ludzie chorzy

Choroba jest ewidentnie częścią naszej ludzkiej egzystencji. Raz chorujemy mniej, raz więcej. Chorujemy fizycznie, psychicznie, duchowo i umysłowo. Do tego jesteśmy truci, np. smogiem, szkodliwymi substancjami w środkach ochrony roślin, a zdarza się, że ideologią. Na dodatek nie dość, że wciąż nie mamy lekarstw na wszystkie choroby, to cały czas nie umiemy rozpoznawać zarówno zdrowia, jak i chorób w niektórych zakresach naszej ludzkiej egzystencji. Często nie mamy też odtrutek. Bywa, że się mylimy w diagnozach, niekoniecznie z powodu złej naszej woli; jak również trafiamy, niestety dość często, na mur lub przepaść jakiegoś rodzaju przemocy. Oprócz chorób i zatruć zdarzają się także... uszkodzenia, np. złamania na stokach narciarskich. Uszkodzenia w psychice wciąż błędnie nazywamy chorobami. Chorobami psychicznymi w naszych czasach przyjęło się nazywać wszystko to, co dotyczy ciężkiej i spastycznej (nieprzemijającej) dysfuncji afektywnej. Dawniej: chorobami psychicznymi zwykło się nazywać wszystko to, czego nie potrafiono określić w żaden inny konkretny sposób. Widać w tym, patrząc uczciwie, progres, tzw. drogę poprawy sytuacji, ponieważ aktualnie — mówiąc na przykładzie najbardziej wrażliwym — lekarze, psychologie i psychoterapeuci nie obawiają się powiedzieć: „mówiąc uczciwie, nie wiemy co to jest, ponieważ nie zgadzają się te objawy z żadną znaną chorobą psychiczną, więc jeśli się pani dobrze czuje, a wygląda na to, że tak, może pani dostać wypis nawet dziś”. Problem, dużo większy, mieści się po stronie tzw. zdrowych i normalnych. Jakaś bowiem część społeczeństwa nie zrozumiała na czym polega współpraca osób zdrowych i normalnych z lekarzami psychiatrami i z psychologami klinicznymi. Otóż, polega najczęściej na dyskretnej i zawsze krótkotrwałej pomocy we włączeniach społecznych osób po leczeniu psychiatrycznym, które się zakończyło, albo po ciężkiej, inwazyjnej diagnostyce, która także została definitywnie zakończona. Tylko w przypadkach osób, które leczą się na stałe, czyli dożywotnio, ta pomoc jest inna.

Jak pomagać takim osobom, żeby naprawdę pomóc, a nie zaszkodzić?

Po pierwsze: zapewnić te osoby, że o tego typu przeszłości ze wględu na konieczność profilaktyki przemocy społecznej naprawdę trzeba milczeć co najmiej przez 2–25 lat (w zależności od aktualnych okoliczności, ale można moim zdaniem przyjąć, że ćwierćwiecze jest już całkowicie bezpieczne, ale nie z powodu wymiany pokoleniowej, tylko za przyczyną naturalnego progresu ludzkości) po zakończeniu wydarzenia, jeśli tylko istnieje taka możliwość. Brakuje takiej możliwości (uwaga! tylko przez krótki czas) w zasadzie jedynie w relacjach z ludźmi, którzy stosują metodę szantażu w ważnych życiowych sprawach wobec osób z tego typu przeszłością. Mówią ci ludzie, że jeśli biedak się nie przyzna, wszystkie z nim ustalenia będą uznane za nieważne. Potem jednak, jeśli on się przyzna w dobrej wierze, ludzi ci wykluczają go całkowicie z relacji z nimi i czynią z niego nic nie znaczącego statystę, który ledwie jest tolerowany, ale na pewno całkowicie odrzucony. Ten krótki czas trwa tyle, ile go trzeba, żeby takiego biedaka zobaczyć na własne oczy.

Po drugie: zapewnić te osoby, jak również siebie nawzajem, że pośród nas grasują czasem prawdziwe wilki w owczych skórach. Ci ludzie chcą zaszkodzić nie wrogowi, ale słabszemu, więc promują inne podejście do pomagania osobom po leczeniu psychiatrycznym. Polega ono na zapewnianiu biedaka: „jeśli się czujesz lepiej, to znaczy, że ci się pogorszyło, idź się szybko leczyć!”, albo: „jeśli mówisz, że jesteś zdrowy, ale kiedyś byłeś na środkach psychotropowych, to na pewno już wypierasz swoją chorobę, więc ja od ciebie odchodzę! Nie chcę mieć z tobą do czynienia, bo ja nie chcę się zadawać z czubkami!” itd.

Po trzecie: trzeba koniecznie pamiętać, że tego, co lekarze psychiatrzy i klinicyści, zgodnie z prawdą nazywają diagnostyką, ludzie tzw. zdrowi i normali nie przyjmują do wiadomości, jeśli są kanaliami. Uważają natomiast wtedy, że sami, rzekomo bezbłędnie, rozpoznają „pogorszenie stanu zdrowia psychicznego” słysząc, że on (ten jakiś biedak) nie chce już mówić, że się leczył, ale twierdzi, że był tylko diagnozowany. To ci, te kanalie, wciskają biedakowi namiary na najlepszego z dostępnych w naszych czasach psychiatrę i życzą sobie, żeby tam „wreszcie poszedł”, a następnie czekają na podziękowania! Jak jednak nie ma podziękowań, zrywają na zawsze relacje z tym biedakiem. To oznacza coś bardzo konkretnego: jeśli ten biedak znów zaprasza, oni już nigdy nie przychodzą! Albo: jeśli wyjątkowo raz przyjdą, to tylko z ciekawości, naprawdę tylko jeden raz, a na domiar tego złego: tylko po to, żeby zobaczyć jak się oni będą czuli w relacji z ich zdaniem „na pewno psychicznym”, a nie po to, żeby zobaczyć jak on sobie aktualnie radzi w życiu i czy nie trzeba przypadkiem coś pomóc.

Pointa byłaby taka: obawa przed osobami chorymi psychicznie jest obawą słuszną, ponieważ takie osoby są leczone w warunkach prawdziwego społecznego wykluczenia (czasowego lub całożyciowego). Ale tę prawdę też trzeba umieć dobrze rozumieć, gdyż oznacza ona tylko tyle, że w innych warunkach ci ludzie nie przeżywają (w warunkach, w których nie mają ograniczanej i ograniczonej życiowej przestrzeni) tzn. mają pogorszenie ich zdrowia zagrażające ich życiu (uwaga! w schizofrenii mogą też mieć zaburzenie borderlinowe, co jest rzeczywiście niebezpieczne dla otoczenia). Tak naprawdę większą obawę w naszych czasach trzeba mieć przed osobami, które nękają osoby po doświadczeniu jakiegokolwiek leczenia psychiatrycznego w przeszłości. Dlatego, że w pierwszym przypadku jest to ciężka bojaźń przed nieznanym, ale ona w naturalny sposób ogranicza przestrzeń życiową osób w stałym leczeniu psychiatrycznym, natomiast w drugim zagrażająca psychicznemu i duchowemu zdrowiu przemoc.

4 lutego 2024 r., niedziela

W przyszłości prawdopodobna mała nagroda dla ludzi pro-life

Osoby pro-life, czyli takie, które chronią ludzkie życie od poczęcia do naturalnej śmierci i ludzką godność, a do tego przezwyciężyły reakcje popędowe, do jakich zachęca nas światopogląd zbudowany na poglądach Z. Freuda, po kilku lub kilkunastu latach trudzenia się, mogą oczekiwać ciekawej nagrody w życiu osobistym i w relacjach. Polegać ona będzie na nabyciu, niejako przy okazji, umiejętności łatwego zauważania co się dzieje w sytuacji życia w strzemięźliwości. Jak wszyscy wiemy, światopogląd psychoanalityczny życzy sobie, aby wierzyć w sublimację popędu w rozwijanie talentów. Tymczasem po przezwyciężeniu myślenia i reagowania popędowego, zaczyna być widać czym skutkuje wstrzemięźliwość (tak nieludzko w naszych czasach oczerniana, żeby nie powiedzieć, że maltretowana), a skutkuje naprawdę czymś innym, podczas gdy talenty pozostają nienaruszone popędem, co jest właśnie, z przeproszeniem, normalne, albo — może lepiej powiedzieć — prawidłowe; pozostają czystym darem, który można formować, kształcić, jak również używać. Wstrzemięźliwość natomiast skutkuje... wynalazczością. Czymś co też owocuje, na pewno jakimś nowym, które jest przez swoją nowość zupełnie inne, niż to, co dotychczas i na coś się przydaje, w jakiś sposób w życiu pomaga, choćby na krótko. Ale nic więcej wtedy się nie dzieje. Pojawia się więc całkowita zmiana (będąca jakimś obrazem wydarzenia komórkowego w czasie lub tuż po poczęciu), ale nie sublimacja, która zwykle morduje uszy lub oczy oczekujących kontaktu z prawdziwą sztuką, więc albo przygnębia, albo denerwuje, albo prowokuje. Można więc żyć tak, albo tak, jak również na sposób mieszany, co jest pomocą do przeżywania jakiejś części dni bez ryzyka spłodzenia niechcianego nienarodzonego, gdyż kombinowanie jakiegoś wynalazku jest bardzo zajmujące i dostępne prawie każdemu i prawie każdej. Poza tym niektórzy mają prawdziwe talenty, warto ich nie zaprzepaszczać. To jest kwestia świadomej i dobrowolnej decyzji: albo światopogląd psychoanalityczny, albo światopogląd pro-life. Nie trzeba być do tego katolikiem, choć łatwo znaleźć w religii katolickiej dyskretne pouczenie na ten temat: Pan Bóg kładzie przed człowiekiem błogosławieństwo i przekleństwo, a człowiek musi coś dla siebie wybrać.

To, co aktualnie uważa się za potrzeby, których rzekomo nie wolno tłumić, ani wypierać, jest w rzeczywistości czymś innym. W czasach Nowotestamentowych czymś jak dalekie podobieństwo dzbana oliwy i miarki mąki, które otrzymywała wdowa w Sarepcie każdego dnia, żeby nie umrzeć na pustyni; we współczesnym małżeństwie więc pudełkiem różnych czekoladek, które na drugi dzień okazuje się znowu pełne, ale których nie da się wszystkich zjeść naraz, gdyż nie jest podstawowy posiłek, ale zawsze deser. Jeszcze byłaby pointa: nie ma małżeństwa, nie ma pudełka genialnych czekoladek, ale to nie znaczy, że nie można wtedy szczęśliwie żyć. Mówię o życiu samotnym, a nie na „kocią łapę”.

28 stycznia 2024 r., niedziela, Światowy Dzień Chorego na Trąd

O rodzajach przemocy społecznej, które są jak trąd

To dobry dzień, żeby ta prawda ujrzała światło dnia, przynajmniej w Internecie: Otóż, mam na myśli przemoc/"kocówę" za jakiekolwiek relacje z psychogiem, psychiatrą, czy z psychoterapeutą. To duchowe pogranicze dotyczy osób zdrowych, które zostały poszkodowane przykładowo przez osoby chore psychicznie, przez przemoc rówieśniczą, wreszcie przez prawdziwych psychopatów. W tego typu przypadkach kontakt z psychiatrą może być potrzebny nie tyle do leczenia osoby poszkodowanej, co do jej zdiagnozowania, gdyż zostało zachwiane doświadczeniem przemocy jej poczucie zdrowia psychicznego, jak również do usunięcia szkód. Psychiatrzy, psychologowie i psychoterapeuci wiedzą dobrze o czym dziś piszę. Ale chodzi o przemoc od ludzi, którym życie przebiega bez doświadczenia przemocy (nie uważają się za ciężko poszkodowanych jakimś traumatycznym wydarzeniem). Niektórzy z nich twierdzą, niewiadomo na jakiej podstawie, że kto był diagnozowany psychiatrycznie po pierwsze jest na pewno chory i kłamie, że był tylko diagnozowany, a po drugie powinien już zawsze się leczyć! Tymczasem prawdziwa i rzetelna diagnostyka wykluczająca lub stwierdzająca schizofrenię jest diagnostyką kilkutygodniową (ok. 5-tygodniową [kto jest dłużej na oddziale zamkniętym w szpitalu psychiatrycznym już jest leczony, a nie tylko diagnozowany]; 3  tygodnie wystarczają do stwierdzenia ostrej i przemijającej dekomensacji, co się zdarza czasem aktorom, ale też uczestnikom morderczych co do ilości prac nad sobą stażystów kursów przygotowujących do podjęcia zawodu psychoterapeuty; zdarzają się też prawdziwe nieszczęśliwe wypadki, np. przy nietypowych zbiegach okoliczności na tego typu kursach: prowadzący chory terminalnie, ale nie mówi o tym, więc nikt rozumie, dlaczego mówi tyle o sobie i tworzy na grupie wszelkie życiowe bilanse, z kolei jeden z uczestników zajadący alergeny, ponieważ nie wie, że jest alergikiem doświadcza więc stanów omdleń, prze co myśli co kilka godzin, że znów musi coś przepracować, gdyż podjęte wątki wcale nie mają końca, choć praca nad sobą ma być "zamkniętą figurą" i sprawiać odczucie podobne do odczucia 'pokoju w sercu', ale nie mogą mieć końca w sytuacji, gdy co przekąska tworzą się u alegika jakieś nowe wewnętrzne obrzęki z powodu ostrej reakcji uczuleniowej [przerwy ogłaszane są wtedy, kiedy "na grupie nic się nie dzieje", czyli alergikowi klęsną obrzęki]; nikt wtedy nie wie co się dzieje, a jedynym wyjściem z sytuacji jest paść ze zmęczenia, jeśli zakontraktowana na kilka dni umowa dotyczyła, że nikt z grupy przed czasem nie wyjdzie), inwazyjną (muszą zostać podane środki psychotropowe, osoba diagnozowana musi zostać krytycznie sfrustrowana), po której musi nastąpić kilkumiesięczny okres odstawiania środków psychotropowych podanych dosłownie tylko w celach diagnostycznych. Warto też pamiętać o tym, że z chwilą podpisania zgody na pobyt w szpitalu psychiatrycznym człowiek, który tę zgodę podpisał może sam zakwestionować swoje zdrowie psychiczne, więc w nim samym pojawić się może poważna wątpliwość co do być może nawet schizofrenii, co zwykle jakoś ujawnia się w rozmowach z psychologiem klinicznym na oddziale w czasie diagnozowania. Wtedy właśnie warto pogłębić zakres diagnostyki, jeśli wiek pacjenta sugeruje rzeczywiście jednak jakąś wątpliwość (zazwyczaj do 30-32 roku życia) co powinno okazać się w 100-tach skuteczną zaporą dla byłego pacjenta (diagnozowany też nazywany jest pacjentem) przed psychiczną przemocą społeczną w przyszłości, której człowiek po jakiejkolwiek diagnostyce psychiatrycznej czy psychologicznej może stać się ofiarą. Naprawdę istnieją tego typu ludzie, którzy nie chcą tego faktu, że nie każdy, kto korzysta czasowo z pomocy psychiatrycznej jest obłąkany przyjąć do wiadomości. Jeszcze są inni, nie mniej szkodliwi: to ci, którzy twierdzą, że wszyscy leczący się psychiatrycznie to schizofrenicy, a za leczących się uważają każdego, kto rozmawiał, choćby tylko jeden raz, z psychiatrą. Doprawdy, to chyba obraża nawet psychiatrów. Mnie osobiście to szokuje! Aha, istnieje jeszcze jedna grupa społeczna przemocowa, która tworzy nowe zastępy duchowych trędowatych. To osoby duchowne, które odmawiają uznania jakiś czynów penitentów za grzechy i wciskają ich ofiarom karteczki z nazwiskiem zaufanego psychoterapeuty a nawet psychiatry, zamiast udzielić rozgrzeszenia, jeśli tylko penitenci wspomnieli coś, że w przeszłości leczyli się psychiatrycznie. Nie pytają ani jak dawno, ani jak długo. Inni robią coś jeszcze innego, też makabrę: jeśli do spowiedzi przyjechał ktoś w czasie, w którym powiniem pracować na etacie (od poniedziałku do piątku w godzinach od 8-mej do 16-tej, albo godzinę wcześniej) sami dopytują czy penitent kiedykolwiek leczył się psychiatrycznie i... przeganiają go! Nie młodych, w sile wieku.

Proszę pamiętać, że szok po jakimś obiektywnie bardzo ciężkim przeżyciu, nie jest chorobą psychiczną, tylko reakcją paradoksalną, ale naturalną i krótkotrwałą, która trwa od kilku minut do kilku dni. Warto też pamiętać, że psychozy są procesem naturalnym, są strupami na psychice, które dość szybko odpadają, a dopiero psychozy zafiksowane nadają się do leczenia. Wystąpienie psychozy po przemocy jest naturalne i świadczy o psychicznym zdrowiu, natomiast jej brak o zaburzeniu. Depresje z kolei mogą pojawić się po przemocy na tle seksualnym.

26 stycznia 2024 r.

Całkowity prawny zakaz aborcji na pewno nie jest utopią!

Ks. Abp Stanisław Gądecki, Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, przypomina w Oświadczeniu w kwestii aborcji, że prawo do życia jest prawem naturalnym, tzn. że nie jest li tylko „wdrukowane” w sumienia ludzi wierzących i praktykujących wiarę, której istotną częścią jest obrona ludzkiego życia od poczęcia do naturalnej śmierci, ale można je znaleźć w każdym ludzkim sercu, jako moralną oczywistość.

To oznacza, że złamanie tego prawa na pewno czyni poważne szkody, jest dużą szkodliwością obiektywną, a nie tylko afektywnym dyskomfortem. Nie tylko polegającą na tym, że jakieś życie ludzkie już nie może żyć dalej, ale też na tym co się następnie dzieje ze sprawcami czynu aborcyjnego. Otóż, nie tylko popełniają oni grzech przeciw przykazaniu Dekalogu, ale też... tracą wolność osobistą! Na dodatek to się dzieje 'siłą rzeczy'. Proszę mi spróbować w to uwierzyć. Polega to na prostej zmianie, którą wcale nie jest łatwo wykryć, która skutkuje utratą możliwości doświadczenia w życiu miłości, a w zamian za to tworzy doświadczenia popędowe i złudzenia, różnego typu odmienne stany świadomości, błędne koła złych przyczyn i ich skutków, i to z samych mechanizmów obronnych. Znanych, jak ogólnie wiadomo, w kulturze zachodniej: psychologom, psychoterapeutom i psychiatrom, jak również tym, którzy je przezwyciężyli. Zostaje w życiu osoby, która nie opowie się za życiem ludzkim, zupełnie zamknięta droga do głębokiego doświadczenia wiary, człowiek ten staje się na nowo zniewolony i ponownie zostaje czyimś galernikiem (znów wasalem jakiegoś "pana").

Dodam, że Papież Franciszek zachęca nas, Polaków, do opowiedzenia się za wolnością! Wolność osobistą można obronić tylko będąc na tak dla ludzkiego życia i ludzkiej godności od poczęcia do naturalnej śmierci. Kto chce żyć w wolności i doświadczać wolności osobistej, naprawdę nie może poprzeć ani nawet metody in vitro, ani również żadnej tabletki, która tworzy jakiekolwiek ryzyko aborcyjne.

20 stycznia 2024 r., sobota

Jak można by jeszcze inaczej spróbować być pro-life na większą skalę, niż tylko osobistą?

Jeśliby poza nawiasem znalazła się zasada w przepisach prawa nie do usunięcia o ochronie ludzkiego życia i ludzkiej godności od poczęcia do naturalnej śmierci, to różnice kulturowe pojawiłyby się i w nawiasie, i w sposobie karania, a nie w przepisach o tragicznych losach niektórych ludzi nienarodzonych, obłąkanych, terminalnie chorych, starych i samotnych. Skala tych różnic mogłaby być ogromna, w zależności od kultury regionu: od pouczenia, do kilku lat więzienia. W kulturze domniemywania niewinności i ograniczonego zaufania nawet do siebie samego całkowity zakaz aborcji, jak również eutanazji mógłby wiązać się nawet z brakiem kary, ale za to z obowiązkiem wysłuchania dwugodzinnego pouczenia, za które trzeba by zwrócić koszty. Kto jednak nie przyszedłby na takie obowiązkowe pouczenie na umówiony termin, musiałby za to nieprzyjście zapłacić karę grzywny. Pieniądze pozyskane z kar byłyby przeznaczane na pomoc dla kobiet, które nie chcą poczętych w nich dzieci, ale chcą je urodzić, a potem przekazać do adopcji. To jest mój pomysł dnia, dzisiejszego dnia.

2 stycznia 2024 r.

Życzę wszystkim spokojnego i w pokoju Nowego Roku 2024!

Nowości 2023

Nowości 2022