Chrzest państwa w czasach najnowszych

Czy takie wydarzenie jest wciąż możliwe?

Najprawdopodobniej tak, gdyż z pewnością istnieje realna możliwość, żeby tak prawnie zorganizować państwo, żeby jego władca był równocześnie właścicielem ludzi (właścicielem prawnym jego obywateli [mam na myśli własność prawną, a nie majątkową]), jak to miało miejsce w Europie we wczesnym średniowieczu. Wtedy, jeśliby prezydent tego państwa nie był ochrzczony, osobiste przyjęcie przez niego sakramentu chrztu mogłoby być równoznaczne z chrztem jego państwa, gdyż państwo takie byłoby prezydencką własnością z mocy ustanowionego wcześniej prawa, np. referendalnie. Nie byłaby to niewola? Nie, gdyż właściciel państwa wraz z obywatelstwem wręczałby obywatelom tego państwa przywilej wolnościowy oznaczający wolność tożsamą z wolnością gwarantowaną konstytucyjnie, czyli dokładnie tę, do której wszyscy są już przyzwyczajeni. Chrzest państwa nie oznacza chrztu jego obywateli, ale dane państwo czyni państwem bez wątpienia katolickim, którego obywatele mają zapewnione różnego typu wolności osobiste. Taka możliwość jest dlatego zawsze bardzo interesująca, że ważnie chrzest można przyjąć tylko raz. Przyjęcie chrztu może być doskonałym sposobem na złagodzenie różnego typu napięć społecznych, gdyż sakrament ten m. in. pomaga zachowywać łagodność w relacjach, szlachetność życiowych postaw, uprzejmość, dobrą wolę itd. Każdy sakrament, więc także chrzest, oznacza obecność Ducha Świętego, a owocami darów Ducha Świętego są: miłość, radość, pokój, cierpliwość, dobroć, uprzejmość, cichość, łaskawość, wierność, skromność, wstrzemięźliwość, czystość, więc wartości obiektywnie dobre. Otóż bez wątpienia czymś innym jest przyjęcie katolickiego światopoglądu, a czym innym jest przyjęcie chrztu, więc nie jedynie skutkiem własnego (nieraz nawet heroicznego) trudu, ale już z łaski Bożej (nadprzyrodzonej) i we współpracy z tą łaską stawanie się lepszym, łagodniejszym, naprawdę pragnącym pokoju (we własnym sercu oraz na świecie), człowiekiem naprawdę życzącym wszystkim ludziom (także więc sobie, co jest doskonałym oczyszczeniem, jeśli dobrze pamiętam, z mesjanizmu, albo – można to powiedzieć inaczej – ze źle pojętego altruizmu, który zakłada w ogóle niedopuszczalną w religii katolickiej autodesktrukcję) prawdziwego dobra, więc najpierw chociaż przeżycia (uratowania przed śmiercią), a potem wydostania się choćby z nędzy, do biedy, a potem z biedy do warunków tzw. w miarę normalnych. Przestaje być zdobywany, gdyż już został zdobyty, a to wprowadza go w inną jakość relacji (nie jest potrzegany jako rzecz do zdobycia, może nawet Mont Everest, ale jako po pierwsze z pewnością człowiek [osoba, która ma także ciało soma, więc która żyje, myśli, ale też odczuwa, przeżywa, następnie może się także czasem mylić, a zazwyczaj chce jak najlepiej], a po drugie najpewniej protektor [przepraszam za kolokwializm: ochroniarz] lub ratownik [mówiąc także kolokwialnie: człowiek zainteresowany pomaganiem w różnego typu naturalnych katastrofach, nie pomijając przy tym katastrof w relacjach]). Pozwala mu szukać i znajdywać takie smaki życia, które sprawiają, że w głębi serca staje się przekonany co do tego, że trzeba być dla życia ludzkiego i godności ludzkiej od poczęcia do naturalnej śmierci na tak, a to zawsze niesie większe szanse na pokój, na wcześniej czy później dogadywanie się, nawet przy dużej różnicy zdań.

Dlaczego jeszcze chrzest państwa jest bez wątpienia większym dobrem? Dlatego, że jego władcę oczyszcza z grzechów i czyni go świętym (mam na myśli tylko tego władcę, który przyjął chrzest, a nie gwarancję świętości związaną z urzędem). Człowiek dorosły, który przyjął chrzest jest naprawdę świętym, więc po przyjęciu tego sakramentu musi być przynajmniej jakiś czas (tym dłużej, im dłużej udaje mu się żyć bez grzechu ciężkiego, co jest możliwe przez całe życie): lepszy, tzn. łagodniejszy w relacjach (wszelkich), bardziej otwarty na prawdę, z mniejszą ilością lęku do przezwyciężania, z pokojem we własnym sercu itd.

Widzę, że jeszcze trzeba wyjaśnić na czym polega dobrze pojęty altruizm. Polega on na takiej postawie życiowej, w której wybiera się obiektywnie większe dobro, a nie zawsze (w każdej sytuacji) tylko siebie, co widać bardzo dobrze w życiowych heroicznych decyzjach Świętych takich jak, np. św. Joanna Beretta Molla, św. Ojciec Maksymilian Kolbe. Święta Joanna B. Molla dlatego jest dobrym przykładem, że będąc matką, wybrała (dokładniej mówiąc chodzi o to, że potrafiła wybrać) życie dziecka w sytuacji zagrożenia życia także swojego w typie albo, albo (albo życie matki, albo życie dziecka), a św. Maksymilian Kolbe wybrał życie ojca rodziny; wiemy wszyscy w jakiej sytuacji poświęcił siebie (nie szukał dla siebie śmierci, ale przed nią nie uciekł w chwili, gdy zobaczył, że może nią uratować ojca rodziny). W tym wszystkim jednak chodzi o jeszcze jedno: te postawy Świętych są bez wątpienia heroiczne, gdyż jak wiemy od Pana Jezusa nie ma większej miłości jak oddać życie za przyjaciół (jeśli tak nas uczy Pan Jezus, jedyny Zbawiciel człowieka i świata, to warto wierzyć, że naprawdę nie ma, czyli jeśliby ktoś mówił, że stać nas na więcej, niż taki właśnie heroizm, wprowadzałby nas w niebezpieczny błąd, a tego zawsze trzeba się wystrzegać), czyli nie mogą się stać normą społeczną obowiązującą wszystkich, gdyż byłoby to krzywdzące dla ludzi tzw. normalnych, czyli zwykłych, którzy nie są moralnie wyćwiczeni, więc zwykle łatwiej reagują przerażeniem w chwili bezpośredniego zagrożenia ich życia. Raczej więc trzeba się w życiu umniejszać (nie uważać siebie za zdolnego do aż takich poświęceń). Na dodatek po to tak trzeba, żeby to heroizm Świętych był wyraźny i zawsze bez wątpienia (zwrócił na taką postawę w życiu uwagę już św. Jan Chrzciciel w relacji do Pana Jezusa), a nie nasz. Jak? Na przykład tak: 'Osobiście bałbym się stanąć w obliczu tego typu decyzji co do własnego życia, więc chętniej zająłbym się sprawami, które z pewnością zmiejszają jakieś społeczne napięcia i usuwają przyczyny ludzkich różnych tragedii w warunkach pokoju, czy w warunkach innych, niż chorowanie na raka bez szans na dłuższe przeżycie, a nie w różnego typu skrajnościach, gdyż w skrajnościach mógłbym się co do siebie ogromnie rozczarować. Tylko w warunkach pokoju, w miarę dobrego zdrowia i w tzw. średniej zamożności, a nie w nędzy czy w biedzie, mniej się boję o siebie i uważam, że mam szansę podołać różnym moralnym schodom'. Wzorem umniejszenia może być postawa życiowa św. Jana od Krzyża, doktora Kościoła, który swoim oprawcom normalnie uciekł.

Renata Kucharska

Kraków, 10 października 2021 r., niedziela

powrót do drabiny I