Szkoła bycia pro-vie, albo: w jaki sposób 2+2 może być równe 70?

Content marketing tematyczny

uwaga! strona pro-vie.pl jest przeznaczona dla osób dorosłych; miejscami zawiera treści trudne intelektualnie, które tworzę z myślą o osobach dorosłych, czyli nie dla dzieci. Także dlatego, że nie mam uprawnień pedagogicznych, co oznacza, że moje sposoby wyrażania się nie uwzględniają tych umiejętności w przekazywaniu wiedzy, których wymaga relacja z dziećmi.

Informacja o plikach cookies

Regulamin usług

Polityka prywatności

Dodatkowe materiały edukacyjne

Kwestia tzw. remisji:
Żeby w ogóle można było tworzyć jakąkolwiek rzeczywistość pomocy humanitarnych dla osób w trakcie leczenia psychiatrycznego lub po takim leczeniu, trzeba na stałe uwzględnić kilka dodatkowych danych/czynników: 1. edukacja, 2. posłuszeństwo, 3. ucieczka, 4. błąd, 5. porozumienie oraz 6. wiara. Psychiatria przełomu stuleci (XX/XXI w.) polegała na uznaniu, że człowiek, który trafił do tego typu leczenia, albo jest ofiarą ciężkiej przemocy, albo faktycznie jest chory psychicznie, co następnie było mniej lub bardziej dokładnie sprawdzane w procesie diagnostycznym. Proces diagnostyczny rozpoczynała hospitalizacja osoby poszkodowanej lub chorej oraz podanie środków psychoaktywnych frustrujących (na dzień) i nasennych (na noc). Metodą przeznaczania człowieka na leczenie stałe była edukacja pacjenta i rodziny o chorobie, a czasem o „chorobie”, która trwała tyle czasu, ile było potrzeba, żeby wszyscy (zarówno osoba diagnozowana, jak i opiekun czy opiekunowie) „grzecznie” potwierdzali przed lekarzem lub psychologiem fakt zachorowania (lub „zachorowania”). Następowała, jako kolejna, lekcja o procesie tzw. remisji, czyli o rzekomym lub faktycznym utajeniu choroby, jeśliby pacjent przypadkiem poczuł się dobrze. W ten sposób tworzono sytuację pozornie bez wyjścia: z drogą prosto w rozpacz. Ta druga lekcja wyjaśniła mi się w czasie mojego wolontariatu na przełomie lat 2002/2003 w szpitalu psychiatrycznym, w czasie, kiedy studiowałam na studiach podyplomowych z artterapii na UW: spotkałam wtedy pacjenta, który użalał się, że w domu nazywają go „czubkiem”, co było zupełnie nokautujące go nawet wśród innych pacjentów, ponieważ samo pożalenie się też okazywało się dość śmieszne. Słusznie się użalał, tzn. dobre podejmował decyzje mówiąc o tamtych przykrościach, których doświadczał, ponieważ to odrobinę zmniejszało siłę rażenia tego typu przemocy, ale jeśli jego sytuacja bycia nękanym przez to ośmieszanie go wtzw. normalnych relacjach („normalnymi relacjami” były skrajnie trudne relacje znajbliższymi, ale poza szpitalem psychiatrycznym) trwała za długo, miał (ten ijemu podobni pacjenci)... koniec remisji, czyli nagłe lub stopniowe pogorszenie jego stanu zdrowia i konieczność zgłoszenia na następną hospitalizację, żeby się znów jakoś ratować, co już po pierwszej hospitalizacji potrafił zrobić, ponieważ został tego nauczony. Moim zdaniem wtym sensie choroby psychiczne są wwiększości przypadków remisyjne, ale nowa przemoc może dotyczyć nie tylko typowych relacji, co także pracy wyobraźni i pamięci. Jeśli leczenie polegało na wyciszeniu traumatycznych wspomnień, kończy remisję ich wyzwalacz (kolejne „pole” ukrytych form przemocy). Jeśli przemocą było przymuszenie (ukryte, jawne) do zgłoszenia się na izbę przyjęć do szpitala psychiatrycznego, sytuacja nie ulega zmianie, tzw. ofiara przemocy jest przynajmniej w bezpośrednim zagrożeniu ciężką chorobą psychiczną. Albo się ją uda uratować i przywrócić naturalnym relacjom, albo nie. Podobnie jak dzikie, uratowane w schronisku zwierzę: albo się uda przywrócić jego naturalnemu środowisku, albo sobie nie poradzi i albo wróci na stałe do opiekunów, albo zginie. Remisje nie wystąpią, jeśli leczenie było skuteczne, a następnie uda się unikać wyzwalaczy wyleczonych traum. Coś strasznego nie może się już przypomnieć. Tak więc trzeba po tzw. dekompensacji żyć, żeby się jakieś przeszłe bardzo straszne coś już nie przypomniało. Jeśli się nie uda, będzie i remisja, i jej koniec. Przykładowo: Dla kogo horrorem był szpital psychiatryczny z przełomu wieków, wiadomo jak musi żyć, żeby nie było remisji (tylko koniec remisji ją potwierdza). Trzeba pamiętać także o tym, że pierwsze w życiu przyjęcie do szpitala psychiatrycznego = na 100% dekompensacja. I nie ma znaczenia, czy ktoś sobie z tego zdaje sprawę, czy nie, ponieważ przeżywa się wtedy krytyczny szok (który na dodatek jest szokiem specyficznym, ale który jest pewnikiem, można go nazwać szokiem głębi). Jednak pod jednym warunkiem: przyjęty człowiek jest... bardzo inteligenty i w lot zdoła pojąć konsekwencje tego wydarzenia na całe jego dalsze życie. Najprawdopodobniej istnieje możliwość, żeby ten rodzaj remisji, o którym mowa w tym akapicie uznać za objaw ciężkiej i niebezpiecznej choroby społecznej. Nic nie pomogą na to psychiatrzy i to nawet o światowej renomie, jeśli ludzie tzw. normalni nie przestaną się znęcać, jedni nad drugimi, w różnych ukrytych relacjach: w cztery oczy, akustycznie, milczeniem, odmową wyjaśnień, odmową pytań, wreszcie w ogóle odmową relacji, odmową kultury i dobrych obyczajów, i jeszcze odmową zrozumienia i odmową prawa do pomyłki i naturalnej, zgodnej w płcią ludzkiej emocjonalności. Jeśli więc ktoś był w szpitalu psychiatrycznym choćby jeden jedyny raz w życiu, miał epizod psychiatryczny lub zachorował. Po pierwszym razie tego nie wiadomo. Pozostaje jednak (i wtedy na całe dalsze życie) temat w tym obszarze życiowych zagadnień: jaka była metoda leczenia, jeśli okazała się skuteczna i czy udaje się uniknąć remisji, a jeśli tak, to jak długo. Tragedia remisji jest ukrytą katastrofą humanitarną: nauczeni tego, że „mogą liczyć” na remisje niektórzy ludzie tzw. normalni wmawiają ludziom po psychiatrycznym epizodzie (jeśli tylko o nim wiedzą), że mają poważny i świadczący o pogorszeniu ich zdrowia psychicznego problem, jeśli się uważają za już zdrowych, więc namawiają na przeróżne sposoby, a nawet wręcz życzą sobie tego!, żeby szli się znowu „leczyć” i to najlepiej tym razem już na zawsze. Inne jest godziwe kryterium uznawania kogoś za człowieka chorego psychicznie: częściowe lub całkowite ubezwłasnowolnienie z powodu choroby psychicznej. I tylko to! Kto ma pełnię praw człowieka, jest naprawdę w innej sytuacji. Pointą tego zbioru moich myśli na temat remisji może być takie spostrzeżenie: jeśli ktoś przez kilka lat nie jadł mięsa przez co pozbawił się niezbędnej dla zachowania zdrowia psychicznego witaminy B12, też będzie chory psychicznie i może mu się zdarzyć tzw. epizod psychiatryczny („którego objawy nie wiadomo czemu tak szybko przeszły”), ale jeśli na nowo nauczy się jeść mięso lub zacznie na stałe suplementować tę witaminę (to na pewno trzeba ustalić z lekarzem), te niedobory prawdopodobnie trwale znikną i także nie będzie wtedy remisji. Z nierozpoznaną alergią na początku XXI wieku była dużo gorsza sytuacja, ponieważ ostre reakcje uczuleniowe mogą czasem polegać na utracie przytomności, a nie tylko na wysypce, a tuż przed utratą na silnym lęku o siebie. Poszkodowany tak zmylony, jeśli ktoś mu poda na ten temat silną sugestię, sam uzna siebie za psychicznie chorego na podstawie bardzo silnego udczucia lęku, który to lęk jednak jest zdrowy, czyli adekwatny do sytuacji (wstrząs anafilaktyczny jest zagrożeniem dla życia, więc naturalne jest odczucie lęku w tego typu stanie). Po leczeniu psychiatrycznym jego wstrząsu anafilaktycznego wychodzi ze szpitala z dwoma lękami: z nierozpoznanym lękiem przed własną śmiercią oraz z lękiem przed remisją. A co ma do tego wszystkiego wiara? Proszę mi uwierzyć, że pewne, także bardzo poważne decyzje podejmuje się na wiarę, ponieważ ktoś tak mówi i to jest na pewno lepsze, niż niewiara, ale to za mało.
Męski sposób widzenia 'rzeczy':
Taka jest rzeczywistość, więc wystarczy tylko uczciwie 'rzeczy' dziejące się przy okazji poczęcia nowego człowieka 'pooglądać' i potwierdzać, a chodzi o to, że właśnie to jest męski sposób przeżywania poczętego nowego ludzkiego życia: sposób, który od chwili poczęcia 'widzi' w tym dopiero co poczętym ludzkim życiu od razu dziecko. Dla kobiet w pierwszej ciąży prawie zawsze to jest człowiek! najpierw, a dziecko zawsze za jakiś dopiero czas. Kobieta najpierw chce być w ciąży, ale mówi skrótem myślowym lub do jakiegoś mężczyzny, żeby ją zrozumiał, więc mówi, że chciałaby urodzić dziecko. Kobieta najpierw ma takie podejście: będę w ciąży (będę w stanie błogosławionym); jak dobrze w tym czasie wyglądać?, jaką fryzurę nosić, żeby cała sylwetka wyglądała pięknie?, jak się w tym czasie malować?, jakie kolory będą dla mnie najkorzystniejsze, jak brzuch będzie mi się zaogrąglał?, czy w późnej ciąży będę wyglądała tak cudownie jak ta kobieta, która pozowała Dunikowskiemu do jego słynnej rzeźby pt. „Macierzyństwo”?, czy będzie mi się chciało bardziej spać w pierwszych miesiącach ciąży, czy bardziej — z przeproszeniem oczywiście — żygać? A drugi etap to też nie jest jeszcze instynkt macierzyński, ponieważ chodzi o następujące zagadnienia: kupię temu małemu człowiekowi we mnie jakieś dobre płyty, to może coś Chopina, albo nie, jest zbyt uczuciowy, mogę się przez to w ciąży zrobić płaczliwa, więc może tanga do tańczenia i pójdziemy razem na kurs tanga, będę z nim tańczyć tango; on sobie będzie rósł, a ja będę w coraz lepszej formie. Nawet jest taki oczywisty zwyczaj, który to potwierdza, że nie kupuje się dziecinnych rzeczy, aż się to nowe życie ludzkie już urodzi, ponieważ kobieta ma prawo w ciąży cieszyć się życiem, dosłownie całą ciążę, jeśli tylko nie ma lekarskich przeciwskazań, i powinna się nie martwić, że jest już w 7-ym miesiącu i dalej nie ma uczuć macierzyńskich do człowieka, którego w sobie nosi. Po porodzie one się odzywają, a czasem dopiero po podaniu siary. Wiem, że się powtarzam, ale to jest naprawdę ważny temat. Osobiście uważam nawet jeszcze więcej: uważam, że każda nowa ciąża jest czasem dla kobiety w tej ciąży bycia w ciąży, a nie macierzyństwa wobec tego dziecka, z którym jest w ciąży, tzn. (muszę to lepiej wyjaśnić) dla każdego nowego dziecka rodzi się nowe uczucie macierzyńskie i jest ono wyłączne w sensie jego jakości, inne dla każdego dziecka i równoczenie zgodne z każdym dzieckiem, dla którego ta kobieta jest matką. Nie wiedzie o czym mówię? Proszę to zobaczyć na własne oczy na You Tube'ie. Reasumując można powiedzieć tak: „oczywiście urodzę tobie, mężu, dziecko, ale teraz, przepraszam cię, chodzę w ciąży”.
Cywilizacje i kultury:
Trzy cywilizacje (zob. moją definicję oraz wyjaśnienie inkulturacji) są najprawdopodobniej rzeczywistością zastaną skończoną, a nie mnożliwą, ponieważ istnieje prawdopodobieństwo, że ludzką naturą, której częścią (nieusuwalną) jest cnota religijności, jest mieć odczucie bycia u siebie, czyli bycia w domu lub podążać w stronę takiego odczucia, a to oznacza istnienie takiej rzeczywistości i o takiej skali, która pozwala człowiekowi przezwyciężać i przezwyciężyć obsesję tułactwa, która się wytworzyła po grzechu bratobójstwa (zabójstwa człowieka przez człowieka świadomie i dobrowolnie, ze złej woli). Bez cywilizacji człowiek staje się istotą, która gna bez opamiętania uciekając przed prawdą o sobie samym, której nie jest w stanie znieść, co widać w niektórych kulturach bardzo wyraźnie. Cywilizacja jako większe dobro od kultur pomaga samym swoim istnieniem znaleźć się człowiekowi z jego naturą w jakimś domu, w którym już na pewno da się żyć i z którego nie ma już potrzeby uciekać, ponieważ to co przerażało otrzymuje inne i/lub łagodniejsze znaczenie. Przykładowo kultury destruktywne z kultem płodności znikają, ponieważ cywilizacja zawsze daje możliwość budowania gniazda, czyli własnej rodziny, w ramach moralności dostępnej w danej cywilizacji. Św. Jan Paweł II przedstawiał się nam w Jego encyklikach (encykliki są dokumentami duszpasterskimi, a nie naukowymi) jako osoba poszkodowana przez kultury destruktywne, które jeśli zaistnieją, wytwarzają obraz świata „spolaryzowany”, co Święty Papież nazywa metaforycznie 'cywilizacją miłości' i 'cywilizacją śmierci'. Ojciec Święty Senior przedstawiał w czasie Jego pontyfikatu bardzo podobną rzeczywistość, ale na temat innego rodzaju „polaryzacji” światopoglądowej. Ojciec Święty Franciszek idzie już krok dalej, ponieważ może pójść dalej (jakieś bardzo poważne tematy zostały gdzieś faktycznie przezwyciężone [może modlitwą, może prawdziwym nawróceniem], więc pojawiła się duchowa przestrzeń do powiedzenia czegoś więcej), więc wcześniejsze pojęcie 'cywilizacji śmierci' zastępuje pojęciem 'kultury destruktywnej' (z którego korzystam), czyli tego co nam zawsze jakoś zagraża (w mikroskalach, a nie w sensie cywilizacyjnym), więc trzeba przezwyciężać (przezwyciężanie to może się wydawać czymś podobnym do „walki o przetrwanie” [uchodźctwa], ale raczej jest czymś innym: np. ze względu na możliwe do zdobycie większe dobro [własne i najbliższych] jakąś poważną życiową decyzją [migracje ekonomiczne lub zdrowotne]), ale nie tworzy się ze świadomie i dobrowolnie wybranego zła, tylko z błędów, jest więc tym, czym prawdziwy alkoholik, tyle że jeszcze przed odwykiem, który jednak chce się leczyć (na moim rysunku o inkulturacji kultury destruktywne mieszczą się w kulturach niskich i pierwotnych, oznaczone są kolorem brązowym, a w relacji do cywilizacji chrześcijańskiej są przed inkulturacją). Nie ma więc tu (w 'sytuacji zastanej') regresu, ale prawdziwy rozwój. Dalej dopiero udaje się odróżnić kultury destruktywne od „sekt” destruktywnych, czyli grup ludzi, którzy wybrali w życiu zło w celu szkodzenia sobie i innym lub innym i sobie. To rozróżnienie jest zawsze rozróżnianiem bardzo wysokiego ryzyka i równocześnie obronnym, niezbędnym żeby się ratować przy tego typu atakach zarówno na kultury, jak i na cywilizacje. 'Miejsce' na horyzoncie zdarzeń tego rozróżnienia jest takie, że rozróżniający i każdy człowiek dobrej woli rzeczywiście się ratuje, siłą prawdy i jawności.
Kultury destruktywne tak naprawdę są autostruktywne, ale nie mają o tym wiedzy, do tego projektywne, a także turbulente, wydają się 'pasywne', co oznacza, że trzeba ratować z nich ludzi przez edukację (najpierw o ich wolności), tworzą pewien zamęt, ponieważ własne problemy i winy widzą na ekranach innych ludzi (można powiedzieć inaczej: inni ludzie są ekranem, na którym widzą siebie, ale nie zdają sobie z tego sprawy), dają nieprzyjemne skutki, tam gdzie się pojawiają. Nie mają znaczenia cywilizacyjnego (żadnego, czyli ani pozytywnego, ani negatywnego), więc nie ma jak ich zaznaczyć na rysunku przedstawiającym cywilizacyjną i kulturową sytuację zastaną. Oznacza to, że przez fakt bycia w niezawinionym ciężko błędzie są cywilizacyjnie i kulturowo kompostowalne i po jakimś czasie znikają dając całkiem niezłą ziemię (to jest tym razem metafora), na której dalej 'rosną' sobie cywilizacje i kultury (prymitywne, niskie, wysokie). Ludzie ratują się z kultur destruktywnych osobiście (własnym trudem, pracą nad sobą) przez dookreślenie siebie cywilizacyjne i/lub kulturowe, a następnie przez dosłownie Boże Miłosierdzie, a dokładniej przez ludzi, którzy z zachwytu Bożym Miłosierdziem bezinteresownie naprawiają jakieś tego typu zło, wiedząc, że nie muszą tego robić, ale mogą, jeśli chcą. Jeśli znika zaangażowanie pro-life, pogłębiają się cywilizacyjne i kulturowe trudności (zob. rysunek). Jeszcze uzupełnienie o cywilizacjach: w cywilizacjach zawsze mieszczą się jej dziewicze kultury, ale nie byłoby dobrze to zaznaczać.